Wallerstein vs. Zeihan: czy globalizacja umiera, czy przechodzi w inny stan skupienia?


Dwa sposoby czytania rozpadu znanej globalizacji: Wallerstein patrzy na 500-letni system-świat, Zeihan na mapę, demografię i szlaki morskie.
(marksizm przeciw determinizmowi geograficznemu)
Dyskretność globalizacji
Mimo oczywistego i niezaprzeczalnego postępu ludzkości świat połowy lat 2020. jest wciąż zadziwiająco sprzeczny.
Z jednej strony wydaje się, że kooperacja i współzależność tylko się wzmacniają. Jak dawniej ważną rolę w pełnym funkcjonowaniu państw odgrywają surowce, energia i rynki zewnętrzne. Pod tym względem nie ma różnicy między, na przykład, Europą, USA i Chinami. Trwałość globalnych łańcuchów produkcyjnych całkiem wyraziście demonstrują same Stany Zjednoczone, które próbują sprowadzić produkcję z powrotem za pomocą często pozarynkowych mechanizmów. Okazuje się jednak, że sama wola polityczna (albo, jak u Trumpa, histeria) nie wystarcza, ponieważ zglobalizowany rynek kieruje się ku wygodniejszym – przede wszystkim tańszym – jurysdykcjom. Takim jak na przykład Meksyk.
Z drugiej strony pojawiają się oznaki tego, że w procesie podejmowania decyzji rynek traci pakiet kontrolny. W pierwszej kolejności na rzecz bezpieczeństwa politycznego, którego prymat zaktualizował się po napaści Rosji na Ukrainę/przejęciu władzy przez Donalda Trumpa. Wydarzenia towarzyszące obu tragediom wskazują na wykładniczy wzrost czynnika bezpieczeństwa politycznego, które często bierze górę w polemice z argumentami ekonomicznymi.
Wszyscy chcą kupować tanie surowce energetyczne, budować fabryki i sprzedawać technologie. Ale teraz mniej ryzykownie niż kiedyś i według zasady „lepiej nie dobrać zysku, niż dostać po karku". Oczywiście, mimo to pozostają amatorzy „łowienia ryb w mętnej wodzie", na przykład kupowania objętych sankcjami rosyjskich surowców energetycznych. Ale tu chodzi raczej o powolną adaptację gospodarki kraju niż o świadomy wybór ideologiczny.
Analizując geopolityczne i geoekonomiczne wydarzenia tej dekady, dochodzimy do dwóch diametralnie przeciwnych podejść, przydatnych do analizy obecnego przełomu historycznego.
Autorem pierwszego jest marksista Immanuel Wallerstein, socjolog i twórca analizy systemów-światów.
Drugi to Peter Zeihan, analityk i prognostyk, pracował na wysokich stanowiskach w Stratforze.
Różnica między nimi polega na tym, że pierwszy patrzy na państwa jak na elementy globalnego systemu kapitalistycznego. A drugi, odwrotnie, zaczyna od państwa i jego aktywów.
Wspólne też mają. To odrzucenie tezy o „końcu historii". Zwłaszcza w części dotyczącej globalizacji, którą Fukuyama uważał za czynnik ostatecznej unifikacji planety. Wallerstein i Zeihan – przeciwnie – poddają ją w wątpliwość.
Wallerstein jest bardziej akademicki, dla niego to tylko kolejna awaria w systemie, który ma nie mniej niż 500 lat.
Zeihan jest bardziej radykalny. Operuje krótką dźwignią chronologiczną i przewiduje śmierć właśnie „amerykańskiego modelu globalizacji", tego, który ukształtował się po 1945 roku.
Nierównomierna akumulacja jako norma
Aby zrozumieć różnicę między ich podejściami, przyjrzyjmy się poglądom Wallersteina na historię. Za jeden z głównych błędów tradycyjnej nauki społecznej uważał aksjomat, według którego pojedyncze państwo traktowano jako główną jednostkę rozwoju.
W konsekwencji każde pytanie stawiano przez jego pryzmat:
- dlaczego jeden kraj stał się bogaty, a inny nie?
- dlaczego jeden się uprzemysłowił, a inny pozostał źródłem surowców?
Najbardziej rozpowszechniona odpowiedź proponuje szukać przyczyn w samym kraju, zwłaszcza w jego instytucjach, takich jak kultura, edukacja, religia, zarządzanie i tak dalej.
Wallerstein zmienia skalę i za jednostkę analizy bierze międzynarodowy podział pracy. Jego zdaniem współczesna kapitalistyczna gospodarka-świat powstała w XVI w. i rozprzestrzeniła się na cały świat. Jej zadaniem, logiką i imperatywem jest permanentna akumulacja kapitału. To ona właśnie formuje strukturę z rdzenia, peryferii i półperyferii:
- Rdzeń koncentruje złożoną produkcję, kapitał, instytucje finansowe, technologie i siłę polityczną.
- Peryferie dostarczają taniej siły roboczej, surowców i produktów o niższej wartości dodanej.
- Półperyferie zajmują pozycję pośrednią. Mogą eksploatować słabsze regiony i jednocześnie same zależeć od silniejszych.
Najważniejsze jest to, że nierówność nie jest tymczasowa, bo kraje peryferyjne nie muszą „dogonić" rdzenia. Czas nie leczy ran „spóźnionej modernizacji". Poza tym eksploatacja ich zasobów może być jednym z warunków dobrobytu rdzenia, który jak „mrówkolew" wciąga w swój lej słabszych i nieostrożnych.
Właściwie to jedna z przyczyn, dla których analiza systemów-światów nie jest o modernizacji „wcześniej czy później". Jej zwolennicy uważają, że droga jest jedna, różne są prędkości. Wallerstein natomiast jest przekonany i przekonuje, że to właśnie nierównomierność jest sercem, które pompuje krew systemu. Dlatego jedne regiony koncentrują zysk, a inne – koszty.
Stąd wynika także jego rozumienie hegemonii. Teoretycznie system-świat nie ma stałego centrum politycznego. Praktycznie, w poszczególnych okresach historycznych to czy inne państwo zyskuje przewagę w produkcji, handlu, finansach, armii i dlatego staje się hegemonem. Najpierw Niderlandy, potem Wielka Brytania, teraz Stany Zjednoczone.
Hegemonia jednak – i jako opcja, i jako zjawisko – jest zawsze tymczasowa. Wcześniej czy później konkurenci przejmują technologie, produkcja się przenosi, przewaga w produktywności maleje, a koszty utrzymania globalnego porządku rosną.
W bliskiej Wallersteinowi teorii Giovanniego Arrighiego finansjalizacja staje się jednym z głównych symptomów późnej fazy hegemonii. Najpierw centrum zarabia na produkcji i handlu, potem coraz bardziej – na finansach. To, co wygląda jak szczyt potęgi, może być jednocześnie znakiem domknięcia cyklu.
Niderlandy utraciły hegemonię – system nie zniknął. Wielka Brytania utraciła prymat światowy, ale kapitalizm nie zniknął. W tej logice schyłek hegemonii amerykańskiej nie oznacza końca gospodarki globalnej. Zmieni się centrum akumulacji.
I tu pojawia się pierwsza fundamentalna różnica wobec Zeihana. Dla Zeihana hegemonia amerykańska jest jednym z głównych warunków współczesnej globalizacji. Dla Wallersteina jest tylko jedną fazą historyczną znacznie starszego systemu. Dlatego jeśli USA stopniowo rezygnują z roli światowego gwaranta, to jeszcze nie znaczy, że globalne więzi gospodarcze muszą się rozpaść. Mogą się przebudować.
Jednocześnie błędem byłoby wyobrażać sobie Wallersteina jako teoretyka nieskończonej stabilności kapitalizmu. Przeciwnie, w późnych pracach coraz częściej pisał o kryzysie strukturalnym samego systemu-świata. Jego argument polegał na tym, że kapitalizm może istnieć tak długo, jak zachowana jest możliwość dostatecznie zyskownej akumulacji. Przez stulecia system kompensował wewnętrzne sprzeczności ekspansją geograficzną, włączaniem nowej taniej siły roboczej, przenoszeniem kosztów ekologicznych i wykorzystywaniem nowych stref surowcowych.
Ale świat ma granice. Jeśli rosną koszty pracy, koszty materiałowe, ekologiczna cena produkcji i obciążenia podatkowe, możliwości nieskończonego tanienia się kurczą. W pewnym momencie system zaczyna gorzej reprodukować samego siebie. Właśnie dlatego Wallerstein mówił już nie po prostu o kryzysie hegemonii, ale o bifurkacji systemowej – momencie, w którym stary system przestaje wracać do równowagi, a nowy jeszcze się nie ukształtował.
I tu jego teza jest znacznie bardziej radykalna niż zwykła opowieść o schyłku USA. Nie przewidywał automatycznego przejścia do czegoś lepszego. Po kapitalizmie może powstać także porządek bardziej autorytarny, hierarchiczny i nierówny. Czyli sam kryzys otwiera nie gwarantowany postęp, ale walkę o formę następnego systemu.
To właśnie ta część Wallersteina czyni go nieoczekiwanie bliskim współczesności. Wojny, zmiany klimatyczne, pandemie, przesunięcia demograficzne, niestabilność finansowa i fragmentacja polityczna rzeczywiście wyglądają już nie jak osobne kryzysy, ale jak powiązane symptomy głębszej transformacji.
Poza tym tradycja systemów-światów nie zniknęła po śmierci Wallersteina.
- Christopher Chase-Dunn kontynuował analizę cykli hegemonii i rozszerzył podejście systemów-światów na dawniejsze systemy historyczne.
- Beverly Silver zastosowała je do globalnej historii pracy, pokazując, jak kapitał przenosi produkcję w poszukiwaniu tańszej siły roboczej, ale razem z fabrykami do nowych regionów stopniowo przenosi się także konflikt pracowniczy.
- Ho-fung Hung bada Chiny i hegemonię amerykańską, stawia pytanie, czy Chiny naprawdę są zdolne stać się nowym centrum systemu, jeśli ich własny rozwój był głęboko wbudowany w porządek amerykocentryczny.
- Jason W. Moore rozwinął analizę systemów-światów w kierunku „ekologii-świata", traktując kapitalizm jako system, który utrzymuje akumulację przez stałą reprodukcję „czterech taniości" – taniej pracy, żywności, energii i surowców.
Powrót determinizmu geograficznego
Zeihan porusza się z przeciwnej strony. Jeśli Wallerstein radzi wznieść się ponad państwa, to Zeihan apeluje do mapy fizycznej.
Interesują go góry, równiny, porty, rzeki, ziemie uprawne, złoża nafty, gazu, odległości między okręgami przemysłowymi i szlaki morskie.
Dla niego geografia nie jest dekoracją, ale fundamentem, na którym stoi dom polityczny. Jego ulubionym przykładem są USA, które mają ogromny rynek wewnętrzny, żyzne ziemie, nadzwyczaj korzystny system rzek żeglownych, dostęp do dwóch oceanów, wielkie zasoby energetyczne i brak silnych wrogich sąsiadów na granicach lądowych. W optyce destylowanego determinizmu geograficznego America power nie jest zatem wyłącznie produktem udanych instytucji, ale w znacznej mierze geograficznym szczęściem.
Drugim kluczowym elementem jego modelu jest demografia. I właśnie tu jego koncepcja nabiera szczególnej wagi. Rzecz w tym, że geografia zmienia się powoli, a demografia odwrotnie – pozwala wyjaśnić, dlaczego przełom może nastąpić właśnie teraz.
Jego logika jest prosta.
- Społeczeństwo agrarne sprzyja wysokiej dzietności, ponieważ dziecko względnie szybko staje się zasobem ekonomicznym rodziny.
- Urbanizacja zmienia ekonomię gospodarstwa domowego. W mieście dziecko jest wydatkiem, dlatego dzietność spada.
- Po pokoleniu społeczeństwo ma duże grupy ludzi w wieku produkcyjnym i względnie mało dzieci.
Ale z czasem te pokolenia się starzeją. Młodych pracowników już nie wystarcza. Rośnie obciążenie systemu emerytalnego, medycyny, rynku pracy. Zmieniają się oszczędności i konsumpcja. W kraju jest mniej ludzi zdolnych pracować w przemyśle, budownictwie, logistyce, energetyce.
Właśnie dlatego Zeihan widzi demografię nie jako tło społeczne, ale jako jedną z głównych sił napędowych przyszłej geopolityki. I tu jego podejście ma realne paralele akademickie. Na przykład Charles Goodhart i Manoj Pradhan również piszą o tym, że starzenie się dużych gospodarek i zmniejszanie się rezerwy taniej globalnej pracy zmieniają fundamentalne warunki makroekonomiczne.
Ale najbardziej sporna teza Zeihana dotyczy pochodzenia samej współczesnej globalizacji. Dla niego gospodarka światowa po 1945 roku nie jest po prostu naturalnym wynikiem rozwoju transportu i handlu. To „amerykański projekt geopolityczny".
Jego zdaniem po drugiej wojnie światowej USA stworzyły system, w którym
- amerykańska flota gwarantowała bezpieczeństwo szlaków morskich,
- rynek amerykański był otwarty dla sojuszników,
- dolar stał się podstawą międzynarodowego systemu finansowego,
- parasol militarny Waszyngtonu pozwalał Japonii, Niemcom i innym krajom koncentrować się na rozwoju gospodarczym.
W jego optyce globalizacja była częścią strategii zimnej wojny. Ameryka faktycznie proponowała sojusznikom algorytm, w którym zapewniała globalny handel i dostęp do własnego rynku. W zamian sojusznicy pomagali powstrzymywać ZSRR.
Właśnie ten proces daje Zeihanowi powód, by mówić o rozpadzie jednolitej gospodarki globalnej, na której miejsce przyjdzie kilka systemów regionalnych.
W Ameryce Północnej, na przykład, to USA, Kanada, Meksyk.
W Azji – Japonia.
Osobne struktury będą w Europie.
Najbardziej ucierpią zatem państwa krytycznie zależne od długich łańcuchów morskich, importowanej energii i demograficznie starzejącej się siły roboczej.
Szczególnie pesymistyczny jest Zeihan wobec Chin. W jego koncepcji Chiny stały się centrum produkcyjnym świata w warunkach bezpiecznych szlaków morskich i dostępu do rynków globalnych. Ale przy tym starzeją się, importują znaczną część energii i zależą od tras morskich. W tym modelu Chiny mogą okazać się nie spadkobiercą amerykańskiej globalizacji, ale jedną z jej największych ofiar.
- Goodhart i Pradhan zbiegają się z nim w argumencie demograficznym.
- Dani Rodrik od dawna pisze o kryzysie hiperglobalizacji i powrocie przestrzeni dla narodowej polityki gospodarczej.
- Rana Foroohar krytykuje nadmiernie długie łańcuchy dostaw i mówi o przejściu od efektywności do odporności.
- George Friedman, podobnie jak Zeihan, przypisuje dużą wagę geografii i długoterminowym przewagom strukturalnym USA.
To nie czyni ich „zeihanistami". Chodzi o szerszy konsensus wobec kilku tendencji: starzenie się ludności, powrót polityki przemysłowej, wzrost ryzyka politycznego w handlu światowym, regionalizacja części łańcuchów dostaw i osłabienie wiary w nieskończoną hiperglobalizację.
Państwo przeciw systemowi-światu
Główną różnicę między Wallersteinem i Zeihanem można sformułować bardzo prosto: Zeihan widzi świat przez państwa, Wallerstein widzi państwa przez system-świat.
- Dla Zeihana USA są silne dzięki geografii, energetyce, żywności, demografii, wewnętrznym szlakom transportowym i potencjałowi wojenno-morskiemu. Dla Wallersteina potęga amerykańska jest produktem konkretnej fazy historycznej rozwoju kapitalistycznej gospodarki-świata.
- Zeihan skłania się do determinizmu geograficznego i demograficznego. Wallerstein – do strukturalnego ekonomicznego.
- U Zeihana głównym „aktorem" pozostaje państwo. U Wallersteina jest ono tylko częścią większego systemu akumulacji kapitału.
Szczególnie dobrze widać to na przykładzie Chin.
Zeihan pyta, czy Chiny są w stanie fizycznie utrzymać swój system industrialny w warunkach starzenia się ludności, zależności importowej i podatności szlaków morskich?
Badacz systemów-światów odwrotnie – czy funkcje rdzenia przechodzą do Chin, gdzie koncentruje się zysk, czy mogą one stać się nowym centrum akumulacji?
Mimo wszystkich rozbieżności Wallerstein i Zeihan mają jednak wiele wspólnego.
- Obaj uważają porządek globalny za historycznie tymczasowy.
- Obaj sceptycznie odnoszą się do idei, że hegemonia amerykańska może trwać wiecznie.
- Obaj odrzucają wyobrażenie gospodarki światowej jako neutralnego rynku oddzielonego od siły.
- I obaj faktycznie uważają lata 90. nie za początek „końca historii", ale za krótką i wyjątkową fazę.
Równie sceptycznie podchodzą do scenariusza, w którym USA stopniowo słabną, a Chiny bezboleśnie zajmują ich miejsce.
Dla Wallersteina przejścia między cyklami systemowymi zawsze są związane z chaosem i walką. Dla Zeihana sam mechanizm, który pozwolił Chinom się podnieść, znajduje się na torze zniżkowym.
Słabe miejsca obu modeli
Słabość Zeihana polega na tym, że jego modele są czasem zbyt piękne. Geografia, demografia, energetyka i logistyka składają się w bardzo wyraźny łańcuch przyczynowy. Ale realne społeczeństwa są zdolne do adaptacji.
Na przykład:
- starzenie się jest kompensowane migracją i automatyzacją;
- deficyt zasobów – zmianami technologicznymi;
- ryzyko zależności – dywersyfikacją dostawców.
I ogólnie „szkielet" każdego systemu – instytucje polityczne – czasem koryguje wpływy geograficzne silniej, niż przewiduje model deterministyczny.
Szczególnie dyskusyjna jest jego teza o roli amerykańskiej floty. Bezpieczeństwo szlaków morskich jest rzeczywiście krytycznie ważne, ale handel globalny opiera się nie tylko na amerykańskiej obecności wojskowej. Jest prawo międzynarodowe, ubezpieczenia, prywatne firmy transportowe, infrastruktura portowa, floty innych państw i, w końcu, kolosalne zainteresowanie samych partnerów handlowych funkcjonowaniem systemu.
Dlatego odejście USA od części zobowiązań globalnych nie musi oznaczać automatycznego zniszczenia handlu światowego. Może oznaczać handel droższy, bardziej niebezpieczny i bardziej zregionalizowany.
U Wallersteina problem jest przeciwny. Jego system jest zbyt zróżnicowany. Rdzeń, półperyferie i peryferie dobrze działają na dużym dystansie historycznym. Ale na krótkim jest krótkowzroczny. Na przykład wtedy, gdy trzeba dokładnie sklasyfikować współczesne Chiny, Koreę Południową czy Singapur.
Chiny są jednocześnie centrum przemysłowym, eksporterem kapitału, państwem technologicznym i krajem o dochodach znacznie niższych niż stary rdzeń zachodni.
Poza tym państwo okazało się bardziej autonomiczne, niż czasem zakładały sztywne schematy systemów-światów. Chińska industrializacja jest niemożliwa bez państwa chińskiego. Amerykańska polityka technologiczna bez amerykańskiego. UE nie jest po prostu rynkiem, ale centrum normatywnym i politycznym. W tym sensie Zeihan słusznie przywraca państwo do analizy.
Teorie alternatywne
Ale sporu nie trzeba sprowadzać wyłącznie do dwóch autorów. Istnieje cały szereg teorii alternatywnych, które pozwalają zobaczyć współczesny świat inaczej.
Realizm klasyczny i strukturalny, aby wyjaśnić konfrontację amerykańsko-chińską, nie potrzebują ani kapitalistycznego systemu-świata, ani kolapsu demograficznego.
- Dla Kennetha Waltza czy Johna Mearsheimera wystarcza sam fakt, że Chiny stają się silniejsze, a USA boją się utraty przewagi. W świecie bez władzy zwierzchniej wielkie mocarstwa zawsze są zmuszone równoważyć się wzajemnie. W tej optyce wojny handlowe, ograniczenia technologiczne i sojusze wojskowe są następstwami walki o bezpieczeństwo.
- Instytucjonalizm liberalny daje odpowiedź przeciwną. Robert Keohane i Joseph Nye pokazują, że współpraca międzynarodowa może się utrzymywać nawet bez absolutnego hegemona. Instytucje zmniejszają niepewność, reguły czynią zachowania przewidywalnymi, a współzależność gospodarcza podnosi cenę konfliktu. Dlatego osłabienie USA nie musi niszczyć systemu globalnego. Może on stać się mniej amerykański, ale pozostać globalny.
- Jeszcze ciekawsze podejście to teoria globalnych łańcuchów wartości. Pokazuje ona, jak źle współczesna gospodarka mieści się w prostej geografii państw. Smartfon może być projektowany w Kalifornii, wytwarzany z komponentów z Tajwanu, Korei Południowej, Niderlandów i Chin, montowany w Wietnamie, sprzedawany w Europie, a podstawowy zysk pozostaje w USA. To nie jest po prostu handel między państwami, ale złożona sieć transnarodowa.
Dlatego realna deglobalizacja może wyglądać nie jak powrót fabryk do domu. Firma amerykańska wychodzi z Chin, ale przenosi produkcję do Meksyku. Korporacja chińska otwiera zakład w Azji Południowo-Wschodniej. Formalnie bezpośrednie więzi między USA i Chinami słabną, ale globalna sieć nie znika, lecz staje się bardziej złożona.
- Dani Rodrik proponuje jeszcze jedną bardzo użyteczną ramę – koniec nie globalizacji, ale hiperglobalizacji. Jego słynny trylemat polega na tym, że nie da się jednocześnie maksymalizować suwerenności narodowej, demokracji i nadzwyczaj głębokiej integracji gospodarczej. Jeśli rynek międzynarodowy zaczyna dyktować zbyt wiele reguł wewnętrznych, państwa nieuchronnie będą próbowały odzyskać przestrzeń dla polityki.
W tej logice współczesny protekcjonizm nie musi być początkiem katastrofy. Może być korektą. Handel się utrzyma, ale państwa będą aktywniej chronić branże strategiczne, wspierać własną produkcję i ograniczać zależności.
- Giovanni Arrighi pozwala postawić pytanie inaczej. Może obserwujemy nie koniec globalizacji, ale domknięcie amerykańskiego systemowego cyklu akumulacji? Wtedy głównym problemem staje się nie zniszczenie gospodarki światowej, ale poszukiwanie nowego centrum. Czy zostaną nim Chiny? Czy szerzej – Azja Wschodnia? Czy, odwrotnie, system po raz pierwszy nie zdoła wydać nowego hegemona?
- William Robinson i teoria kapitalizmu transnarodowego idą w przeciwną stronę. Twierdzą, że kapitał jest już tak zglobalizowany, że państw narodowych nie można uważać za jego jedyne kontenery. Korporacje transnarodowe, sieci finansowe i globalne elity przecinają granice tak głęboko, że nawet konflikt geopolityczny USA i Chin toczy się wewnątrz już globalnego kapitalizmu.
- Manuel Castells dodaje jeszcze jeden wymiar: może w ogóle nie ma jednej globalizacji. Produkcja materialna może się regionalizować, a informacja globalizować. System energetyczny może stawać się bardziej lokalny, a przepływy finansowe pozostawać planetarne. Internet może się politycznie fragmentaryzować, a wiedza naukowa nadal krążyć po całym świecie.
Wtedy pytanie „czy globalizacja się kończy, czy nie?" traci część sensu. Znacznie precyzyjniej jest pytać: które właściwie przepływy się deglobalizują, a które globalizują się dalej?
Nie deglobalizacja, a fragmentacja geoekonomiczna
Właśnie dlatego dziś coraz częściej używa się nie słowa „deglobalizacja", ale pojęcia fragmentacji geoekonomicznej. Znacznie lepiej opisuje ono rzeczywistość. Handel światowy nie znika, ale coraz silniej podporządkowuje się logice politycznej. Sieci produkcyjne przebudowują się zgodnie z sojuszami, sankcjami i ryzykami bezpieczeństwa. Towary mogą poruszać się nie najkrótszą drogą, ale politycznie pewniejszą.
I właśnie tu staje się zrozumiałe, dlaczego Wallersteina i Zeihana pożyteczniej jest nie przeciwstawiać, a nakładać jednego na drugiego.
Zeihan lepiej widzi materialne ciało globalizacji. Każdy towar ma wagę. Trzeba go przewieźć. Do przewozu potrzebne jest paliwo. Do produkcji – energia. Do rolnictwa – nawozy. Do fabryki – pracownicy. Do eksportu – port. Do handlu światowego – bezpieczne morze.
Pandemia COVID-19 bardzo dobrze zademonstrowała tę fizyczność. Gospodarka światowa, która dziesięcioleciami zdawała się niemal bezcielesną siecią finansów i danych, nagle okazała się zależna od kontenerów, portów, kierowców, fabryk maseczek i kilku producentów półprzewodników.
A Wallerstein każe postawić następne pytanie: dlaczego jedni kontrolują projektowanie, patenty, finanse i marki, a inni tylko montują towar? Dlaczego fabryka może przenieść się z Chin do Wietnamu, ale podstawowy zysk pozostaje w Kalifornii? Dlaczego jedne kraje przez dziesięciolecia pozostają eksporterami surowców?
Właśnie dlatego obie optyki szczególnie dobrze się dopełniają na przykładzie Chin. Zeihan ma rację w tym, że Chiny starzeją się, zależą od importu energii i komunikacji morskich. Podejście systemów-światów ma rację w tym, że w ostatnich dziesięcioleciach Chiny otrzymały ogromną część światowej bazy przemysłowej i coraz więcej funkcji rdzenia.
Ale Chiny nie stały się w pełni autonomicznym centrum. Ich wzniesienie odbyło się wewnątrz systemu amerykocentrycznego. Są dostatecznie silne, by osłabić amerykańską jednobiegunowość, ale być może niedostatecznie autonomiczne, by zająć miejsce USA.
Globalizacja przechodzi w inny stan skupienia
Właśnie tu warto wrócić do pytania, od którego wszystko się zaczęło: czy globalizacji koniec, czy nie?
Jeśli przez globalizację rozumieć konkretny model lat 1990–2010, odpowiedź najprawdopodobniej brzmi: tak. Epoka, w której korporacja mogła budować łańcuch dostaw niemal wyłącznie według kryterium minimalnej ceny, się kończy. Teraz obok ceny pojawiają się pytania o wojnę, sankcje, zależność technologiczną, lojalność polityczną i bezpieczeństwo narodowe.
Półprzewodniki przestały być po prostu towarem. Energetyka przestała być po prostu rynkiem. Lit, baterie, sztuczna inteligencja, farmaceutyka, telekomunikacja – coraz więcej sektorów staje się strategicznych.
Ale jeśli przez globalizację rozumieć planetarny system przepływów kapitału, towarów, informacji, technologii i pracy, mówić o jej śmierci jest przedwcześnie. Nawet wyjście z Chin często oznacza nie powrót produkcji do domu, ale jej przeniesienie do innego kraju.
I może najlepszą metaforą tego procesu jest zmiana stanu skupienia.
Globalizacja lat 90. przypominała ciecz. Kapitał dążył, by płynąć tam, gdzie wyższy zysk. Produkcja – tam, gdzie praca tańsza. Towary – najkrótszymi trasami. Granice polityczne traktowano jako przeszkody, które trzeba maksymalnie zmniejszać.
Formują się twardsze bloki regionalne. Ameryka Północna. Unia Europejska. Chińska strefa przemysłowa. Indie. Azja Południowo-Wschodnia. Kraje-pośrednicy, które próbują pracować jednocześnie z kilkoma centrami.
Ogromne przepływy towarów, kapitału i informacji między nimi nie ustają. Ale przechodzenie z jednej przestrzeni do drugiej staje się droższe i trudniejsze. Pojawiają się taryfy, sankcje, licencje eksportowe, kontrola inwestycji, lokalizacja, ograniczenia technologii.
I tu Wallerstein prawdopodobnie daje mocniejszą ramę długoterminową. System-świat już nieraz zmieniał hegemonów, szlaki handlowe, technologie i centra produkcyjne. Zmiana porządku amerykańskiego nie musi oznaczać końca systemu globalnego.
Ale Wallerstein pozostawia też pytanie bardziej radykalne. Może tym razem chodzi nie po prostu o kolejną zmianę centrum. Może sam system kapitalistyczny wchodzi w fazę, w której jego stare mechanizmy akumulacji działają coraz gorzej?
Jeśli tak, to współczesna fragmentacja geopolityczna jest tylko jedną częścią znacznie głębszego kryzysu.
Klimat, demografia, automatyzacja, sztuczna inteligencja, koszt mieszkań, długi państwowe, polaryzacja polityczna i kryzys zaufania do instytucji – wszystko to może okazać się nie zbiorem osobnych problemów, ale symptomami przejścia systemowego.
Zeihan lepiej wyjaśnia, dlaczego rozpada się konkretna infrastrukturalna forma globalizacji, stworzona przez hegemonię amerykańską po 1945 roku. Wallerstein lepiej wyjaśnia dłuższy system historyczny, wewnątrz którego ten porządek powstał i teraz się przebudowuje.
Globalizacja w formie z końca XX wieku, jak się zdaje, rzeczywiście dobiega końca. Ale świat globalny nie znika. Regionalizuje się, upolitycznia i twardnieje.
Świat nie wraca do gospodarek całkowicie narodowych. Przemienia się w archipelag wielkich, współzależnych bloków.
Dlatego może najtrafniejsza odpowiedź brzmi tak: globalizacja nie umiera. Przechodzi w inny stan skupienia.
A główna intryga następnych dziesięcioleci polega nawet nie na tym, czy Chiny zostaną nowym hegemonem, ani czy USA utrzymają prymat. Znacznie ciekawsze jest coś innego.
Czy system-świat zdoła jeszcze raz się przebudować, zmieniając centrum akumulacji i formę globalizacji, czy tym razem rzeczywiście obserwujemy moment, w którym kończy się już nie cykl amerykański, ale sama historyczna logika systemu istniejącego od blisko pięciuset lat?
Kiedy kapitalizm umiera.
- Zoomerzy i powrót „metalu” w latach 20. XXI wieku: co się stało z pierwszym „cyfrowym pokoleniem”?
- Yuval Noah Harari — łowca duchów technototalitaryzmu
- Manifest lewicowego akceleracjonizmu – zbawienie ludzkości czy kolejna modernistyczna iluzja?
- Przewidywanie zjawiska „trampizmu” w powieści Roberta Silverberga „Stacja Hawksbill”
- Reuters wymienił kraje najbardziej zagrożone wojną z Iranem
Niezależny badacz, interesuje się archeologią i geografią sakralną. Bada je i pisze o nich.











