Manifest lewicowego akceleracjonizmu – zbawienie ludzkości czy kolejna modernistyczna iluzja?


Ponad sto lat po rewolucyjnych projektach XX wieku lewicowi intelektualiści ponownie proponują ludzkości wielki plan ratunku. Zamiast fabryk – platformy cyfrowe, zamiast planów pięcioletnich – algorytmy, duże zbiory danych i sztuczna inteligencja, zamiast industrializacji – automatyzacja i planowanie cybernetyczne. Jednak główne pytanie pozostaje niezmienne: czy kolejny modernistyczny projekt może doprowadzić do wyzwolenia społeczeństwa, czy też jedynie powiela stare utopie polityczne w nowej, technologicznej oprawie?
100 LAT DO PRZODU
Współczesny dyskurs lewicowy niemal niczym nie różni się od tego, jaki panował sto lat temu. Podobnie jak wówczas, dzieli się on na dwie umowne części: horyzontalną i wertykalną, demokratyczną i autorytarną, ewolucyjną i rewolucyjną.
Ta dychotomia jest stara jak świat, a jej korzenie sięgają polemiki między socjalizmem „utopijnym” a „naukowym”. Czytałem „Manifest” równolegle z „Pamięcią Katalonii” Orwella. Różnica między nimi jest mniejsza, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
- To prawda, że dzieło Orwella powstało prawie sto lat temu. Natomiast „Manifest” – stosunkowo niedawno.
- Tak, „Wspomnienia z Katalonii” mają charakter autobiograficzny, podczas gdy „Manifest” jest futurystyczny.
- Tak, Orwell krytykuje lewicowy modernizm w jego stalinowskiej postaci, podczas gdy „Manifest” krytykuje samego Orwella i jego współczesnych naśladowców.
Kolejną analogią, która przyszła mi do głowy po przeczytaniu „Manifestu”, jest radziecki kosmokomunizm, coś pośredniego między Efremożem a Bulyczewem. Raczej ten drugi – z jego prymatem humanizmu i scjentyzmu.
Świat, jaki proponuje „Manifest”, to świat Alicji, Paszy, Arkaszki i Gromozekii Wertera. Techno-optymistyczna utopia, w której ludzkość pokonała globalne problemy i żyje w harmonii z naturą oraz kosmosem.
Ten sam optymizm technologiczny, integracja galaktyczna, brak pieniędzy i wojen.
Przejdźmy jednak do sedna sprawy.
***
„PODWÓJNE UDERZENIE”
„Manifest polityki akceleracjonistycznej” (Manifesto for an Accelerationist Politics) został napisany w 2013 roku przez brytyjskich filozofów i teoretyków politycznych, Nicka Srničeka i Alexa Williamsa.
Jego istota polega na postulowaniu dwóch kierunków myślenia: jest to jednocześnie odpowiedź na prawicowy akceleracjonizm, jak i ostra krytyka części współczesnej lewicy.
Mówiąc dokładniej, autorzy podjęli próbę rozwiązania dwóch problemów:
- Co zrobić z technologiczną przyszłością, która – ich zdaniem – powinna służyć dobru ludzkości, a nie kapitalizmowi?
- W jaki sposób przywrócić lewicy wiarę w nowy, ultramodernistyczny projekt?
Przyczyna wymagająca przemiany lewicy, kapitalizmu i całej planety jest, ich zdaniem, oczywista. Jest to próg katastrofy, na którym stoi współczesna cywilizacja. Winę za to ponosi oczywiście neoliberalizm, który nie jest w stanie sobie z nimi poradzić.
Jednocześnie, zdaniem autorów, „lewica” znajduje się w stanie paraliżu. Za „niewłaściwą lewicę” uznają oni wszelkie odmiany socjaldemokracji z jednej strony oraz anarchizm – z drugiej.
Bez wątpienia „Manifest” jest projektem komunistycznym, a nawet bolszewickim, którego autorzy tradycyjnie są niezadowoleni zarówno z ewolucjonistycznych socjaldemokratów po prawej stronie, jak i z antyautorytarnych anarchistów po lewej.
Ich stanowisko niewiele różni się od poglądów ideologicznych poprzedników z XX wieku: jeszcze jeden krok – i ludzkość wkroczy w nową (i ostatnią według Marksa) formację – komunizm. W tym celu wystarczy jedynie uwierzyć w kolejny modernistyczny projekt, zjednoczyć się wokół niego, wywłaszczyć technologie, opracować właściwy „plan” i wyruszyć w kosmos.
Filary, na których opiera się ten „planetarny leninizm”, są trzy:
- Wywłaszczenie technologii, których rozwój – zdaniem autorów „Manifestu” – jest hamowany przez kapitalizm.
- Przekształcenie za ich pomocą infrastruktury planetarnej. Stanowi to podstawę formacji postkapitalistycznej, czyli komunistycznej.
- Budowa modernistycznej trampoliny, która w XX wieku wyrwała państwa narodowe z bagna tradycyjnej kultury, a w XXI wieku wyrzuci część ludzkości z dusznej planety Ziemi.
Jak wspomniano powyżej, przeszkadzają w tym prawicowcy, którzy – podobnie jak Nick Land, twórca koncepcji „prawicowego akceleracjonizmu” – mylą „prędkość” z „przyspieszeniem”. A także neoliberalizm, który – jak są przekonani – „tworzy jedynie iluzję modernizacji”, podczas gdy w rzeczywistości funkcjonuje w ramach tego samego taśmowego fordizmu, tyle że zamiast samochodów mamy gadżety.
Oprócz neoliberałów winę ponoszą wszyscy POZOSTAŁI lewicowcy, a zwłaszcza ci, którzy odrzucają hierarchię i planowanie jako warunki niezbędne do modernizacyjnego przełomu. W pierwszej kolejności krytyka spada na tych, których oskarżają o skłonność do tak zwanej „polityki ludowej” – zwolenników demokracji bezpośredniej i innych anarchistów.
Ci „lewicowi działacze oddolni” uważają, że sukces wymaga połączenia „sieci” i „planu”, ale, szczerze mówiąc, bardzo przypomina mi to historyczne jezuickie podejście. Wydaje się, że coś podobnego obiecywali bolszewicy – machnowcom, hiszpańscy komuniści – lokalnym anarchistom itd.
Wszyscy wiedzą, jak zakończyła się ówczesna „ekologia organizacji”.
***
„POD MIKROSKOPEM”
Przyjrzyjmy się temu bliżej. A mianowicie: jakie korzyści oferują autorzy „Manifestu” pod warunkiem jego realizacji. Dla czystości eksperymentu pozwolę sobie przypomnieć, że w przypadku ich historycznych poprzedników brzmiało to: „Ziemia – chłopom, fabryki – robotnikom”. W jakim stopniu udało się to zrealizować? Odpowiedź znają Państwo sami.
PROBLEM
Świat przechodzi kryzys systemowy, do którego zaliczają oni katastrofę klimatyczną, wyczerpanie zasobów, kryzysy finansowe oraz degradację demokracji.
Srniček i Williams są przekonani, że ich łączny wpływ jest na tyle fundamentalny, że podważa dotychczasowe doświadczenia polityczne XX wieku oraz ich potencjał antykryzysowy.
Jednocześnie, zdaniem autorów „Manifestu”, kapitalizm stworzył już technologie, które pozwolą ludzkości przejść do kolejnej formacji i – parafrazując wczesnego Pelewina – do „pełnego i ostatecznego wyzwolenia”.
Jednak kapitalizm blokuje to przejście i to właśnie akceleracjonizm w swojej lewicowej, zorganizowanej formie powinien je przyspieszyć. Różnica między jego prawicową a lewicową wersją polega na tym, że w pierwszym przypadku kapitalizm jest zjawiskiem autonomicznym, samodoskonalącym się, które funkcjonuje zgodnie z własnymi, niezależnymi prawami, a jego ruch przypomina lawinę w górach: można na nią patrzeć, ale nie da się jej zatrzymać.
W drugim przypadku przypomina smoki z powieści Terry’ego Pratchetta, które – pomimo ognia – można i należy kontrolować, które poddają się musztrze i socjalizacji oraz mogą być pożyteczne dla miasta.
ROZWIĄZANIE
Ich zdaniem rozwiązanie jest proste: więcej nauki. Więcej automatyzacji. Więcej sztucznej inteligencji. Więcej cybernetyki. Więcej planowania. Jednak nie dla zysku, lecz dla dobra społeczeństwa.
Właśnie dlatego nie należy walczyć z takimi wyznacznikami współczesności, jak komputery, algorytmy, modele, big data, automatyzacja itp.
Należy przyjąć hasło „postkapitalizm musi być jeszcze bardziej nowoczesny” i dokonać ich wywłaszczenia (ciekawe, jaka jest różnica między prywatyzacją technologii przez jedną grupę a wywłaszczeniem – przez inne?).
Następnie należy podążać w kierunku automatyzacji, a tym samym podążać po śliskiej ścieżce keynesizmu – w kierunku skrócenia czasu pracy, zwiększenia czasu wolnego oraz podobnych aluzji anarcho-primitywisty Zerzana dotyczących „trzygodzinnego dnia pracy w paleolicie”.
Brak postępu na drodze do automatyzacji, wprowadzenia dochodu podstawowego, uwolnienia czasu i sił twórczych zależy od zdolności lewicy do przezwyciężenia postmodernistycznych chorób i ponownego uwierzenia w jeden dla wszystkich archetypiczny projekt lewicowy — REWOLUCJĘ. Tylko ona jest w stanie przezwyciężyć samobójczą inercję neoliberalizmu i przywrócić wszystkim siłom postępowym wiarę w zwycięstwo nad globalnym kapitalizmem.
Równolegle lewica musi nauczyć się zarządzać złożonymi systemami. Jest to prawdopodobnie jedna z najciekawszych tez zawartych w „Manifeście”. W przenośni bardzo przypomina ona listonosza Peczkina i jego koncepcję szczęścia, a mianowicie – frazę o rowerze.
Tutaj sytuacja jest identyczna. Dlaczego nie poradziliśmy sobie z wyzwaniami gospodarczymi XX wieku i konsekwentnie ponosiliśmy porażki lub poddawaliśmy druzgocącej rewizji wszystkie „lewicowe projekty” XX wieku? Ponieważ nie mieliśmy roweru! (czytaj: nowoczesnych technologii). To właśnie ich brak uniemożliwił nam osiągnięcie produktywności w dziedzinie inżynierii społecznej, a co dopiero – nawet w takiej jej części, jak gospodarka planowa.
Dlatego prawdziwy, współczesny, rewolucyjny lewicowiec nosi w jednej kieszeni „Manifest” Srnička i Williamsa, a w drugiej – dyplom z cybernetyki, analizy matematycznej lub przynajmniej z jakiegoś solidnego zestawu umiejętności programistycznych.
Jednak dobre wykształcenie i zapał do rewolucji to za mało. Potrzebna jest jeszcze nowa hegemonia. Normalna, gramszowska, kulturowa hegemonia, która pozwoli nie tylko wywłaszczyć właścicieli z technologii, ale także – ni mniej, ni więcej – ZAKOŃCZYĆ PROJEKT „OŚWIECENIE”!
A dokładniej – tę wersję, w której występują trzy filary: racjonalizm, uniwersalizm i postęp. A opierają się one na filarze zwanym „planowaniem”.
Podsumowując:
- Zastąpcie fabryki nowoczesnymi platformami technologicznymi,
- Zastąpcie właścicieli fabryk współczesnymi właścicielami platform,
- Zastąpcie historycznych komunistów autorami i zwolennikami „Manifestu”,
- Odebrać właścicielom ich platformy i przekazać zarządzanie zwolennikom „Manifestu”.
W rezultacie ich właściwe wykorzystanie (wówczas fabryk, obecnie platform) powinno nie tylko ocalić, ale i uszczęśliwić ludzkość.
To déjà vu bardzo przypomina przepakowanie czegoś, przez co ludzkość już przeszła. A mianowicie – że redystrybucja monopolu na środki produkcji (wtedy – fabryki, obecnie – platformy) z jednej grupy społecznej na drugą stanowi produktywną inżynierię społeczną.
Szczególnie w sytuacji, gdy za nami cały XX wiek porażek i, poza obietnicą „oddania fabryk...” itp., nie ma nic więcej.
Odnotowano ponad dziesiątkę niezwykle krwawych prób wdrożenia tej zasady w życie – a teraz pojawia się kolejna obietnica, że tym razem zostanie to zrealizowane w sposób ostrożny. Nie wierzyłbym w to. Jednak krytyka tego podejścia znajduje się poniżej.
***
KRYTYKA Z PRAWEJ STRONY
Jest ona bardzo niejednorodna. Tak naprawdę, podobnie jak sama prawica.
Libertarianie, na przykład, udają, że nie rozumieją, jak można nienawidzić kapitalizmu, a jednocześnie kochać jego efekty – postęp technologiczny.
Chociaż wydaje się, że odpowiedź jest tutaj oczywista, a ja podałem ją kilka zdań wcześniej. Nie chodzi tu o nienawiść, lecz o przepakowanie starej idei wywłaszczenia środków produkcji na swoją korzyść.
Ponieważ mówienie o dobru wspólnym to jedno, ale historyczni poprzednicy „manifestantów” nie potrafili posmarować masłem zarządzania kanapki samoorganizacji. Nie tylko nie potrafili, nie tylko nie próbowali – oni uznali za nielegalne i zniszczyli te zalążki samoorganizacji, które istniały na Ukrainie i w Hiszpanii.
Ponadto żaden przedstawiciel szkoły austriackiej ani osób o poglądach bardziej prawicowych nie rozumie: w jaki sposób można realnie, a nie tylko deklaratywnie, obliczyć gospodarkę? Zapewnienia, że współczesne technologie znacznie różnią się od tych sprzed stu lat, zostały usłyszane, ale czy zostały przyjęte do wiadomości? Nie. Choćby dlatego, że brakuje aktualnych przykładów planowego funkcjonowania rozbudowanego systemu gospodarczego. A te, które miały miejsce w historii, wykazały swoją nieskuteczność — zarówno pod względem humanistycznym, jak i w perspektywie długoterminowej.
Konserwatystów przerażają nie tyle zdolności umysłowe najnowszych modernizatorów, co ich ingerencja w system istniejących instytucji społecznych.
Dla konserwatysty każdy system stanowi zbiór instytucji – lepiej lub gorzej naoliwionych, ale w pełni funkcjonujących.
Dlatego ingerencja w ten system, nawet na poziomie drobnych poprawek czy jakichkolwiek reform, stanowi już grzech w zarządzaniu.
A jej demontaż – to katastrofa o skali wszechświatowej. Takiej jak na przykład likwidacja jednego z filarów zachodniego systemu instytucjonalnego – własności prywatnej. I właśnie na nią polują „manifestanci”, gdy mówią o wywłaszczeniu kapitalizmu z jego osiągnięć technologicznych.
Właściwie rzecz biorąc, jest to kwestia, której nie rozumie prawie nikt, z wyjątkiem zwolenników najnowszego bolszewizmu. I o ile wciąż mówi się o „kolektywach”, „związkach zawodowych”, „syndykatach” i podobnych sposobach kontroli nadużyć systemu kapitalistycznego, o tyle o wywłaszczeniu – już nie. Choćby dlatego, że w naszej kulturze zarządzania brakuje algorytmów pozwalających kierować właśnie tymi najbardziej rozbudowanymi systemami.
- Jedną sprawą jest wiejska spółdzielnia. Zupełnie inną sprawą jest Google.
- Jedną sprawą jest uzgodnienie warunków z 20 współpracownikami, a inną – z prawie 200 000.
- Jedną sprawą jest sprzedaż produktów 20 rolników, a inną – zapewnienie środków do życia 200 000 pracowników, najlepiej poza rynkiem?
- Jedna sprawa to sytuacja, w której to ja coś zabieram, a inna – gdy to mnie coś zabierają. I w ogóle, dlaczego fakt odebrania komuś czegoś dochodowego miałby uszczęśliwić zarówno tę osobę, jak i jej pracowników, a w szerszym ujęciu – przyszłe pokolenia?
- Jedną sprawą jest to, gdy zarządzają moi menedżerowie, a inną – grupa rewolucyjna, która znacjonalizowała dzieło całego mojego życia, moją wizję i misję, i uważa, że lepiej tym wszystkim zarządzi?
W końcu, mówiąc poważnie: dlaczego miałbym ustępować komuś swojej hegemonii? Społecznej, kulturowej, politycznej?
A zwieńczeniem tej konfrontacji jest krytyka lewicowego akceleracjonizmu z perspektywy prawicy.
Tezy są następujące:
- Niezrozumienie natury kapitalizmu: prawicowi akceleracjoniści uważają kapitalizm nie tylko za system gospodarczy. Dla nich jest to coś w rodzaju symbionta, który żyje w organizmie planety i przynosi korzyści obu stronom. Nie wierzą w możliwość jego „oswojenia” i krytycznie odnoszą się do prób lewicy, by ograniczyć go programami społecznymi.
- Humanizm jako przeszkoda w rozwoju: zdaniem zwolenników Nicka Landa i podobnych nurtów „Mrocznego Oświecenia” czynnik ludzki jest zbędny dla procesów technicznej osobliwości i może je hamować.
- Egalitaryzm i demokracja to zło. Podobnie jak lewicowi przeciwnicy, prawica przywiązuje dużą wagę do hegemonii, której podstawę stanowią dwa parametry różniące ją nie tylko od lewicy, ale także od liberałów – krytyka egalitaryzmu, wszelkich form równości oraz prób jej osiągnięcia.
W zamian proponuje się całe spektrum aberracji – od banalnej konkurencji rynkowej i hierarchii społecznej po darwinizm społeczny, rasizm itp. – demokracja hamuje postęp. Jej instytucje są zbyt skupione na realizacji różnorodnych fantazji o inkluzywności, w szczególności takich jak gwarancje socjalne. To rzekomo spowalnia postęp, przez który rozumieją niekontrolowany rozwój kapitalizmu i jego pochodną – osobliwość technologiczną.
***
KRYTYKA Z LEWICY
Krytyka z lewej strony to przede wszystkim krytyka z perspektywy postmodernizmu.
Anarchiści nie dostrzegają żadnego „wyzwolenia” w procesach centralizacji, planowania i podobnych formach etatyzacji. Ponadto cała ich historia to krótka historia współpracy, a następnie miażdżących represji ze strony historycznych poprzedników „manifestantów”. Nic więc dziwnego, że ich krytyka jest długotrwała i wzajemna.
Anarchiści zaprzeczają konieczności wzmacniania pionowych struktur społecznych, podczas gdy zwolennicy „Manifestu” uważają struktury horyzontalne za zbyt słabe.
Ponadto całkiem słusznie dostrzegają w „Manifeście” nie tylko niedocenianie samorządności jako opcji ewolucyjnej, ale także nowy „leninizm”.
Ekososialistami (przynajmniej część z nich) wskazują na tak zwany „prometeizm” — w tym przypadku bezwarunkową wiarę w postępowy charakter technologii. Technologie te raczej nie doprowadzą do odciążenia planety poprzez ograniczenie zarówno produkcji, jak i konsumpcji.
Innymi słowy, autorzy „Manifestu”, podobnie jak wszyscy inni moderniści, myślą w kategoriach produktywności i wzrostu, podczas gdy stabilizacja cywilizacji i jej przejście do zrównoważonych form ekologicznych wymagają – choćby stopniowego – ograniczenia gospodarki.
Spójrzmy na tę kwestię z innej perspektywy. Co powiedziałby w tej sytuacji, na przykład, Lyotard?
„...Kolejna wielka metanarracja, która obiecuje wyzwolenie, uniwersalną przyszłość i postęp historyczny...”
Foucault zapytałby prawdopodobnie: kto dokładnie będzie liczył, modelował, planował? Wiedza bowiem, jak wiadomo, to władza. A władza źle współgra z koncepcją wyzwolenia. Nawet big data, przy całej swojej bezosobowości, jest źródłem wiedzy, a zatem i władzy.
Derrida powiedziałby, że „ponownie poszukują Państwo centrum”, a Baudrillard – że „technologie nie wytwarzają rzeczywistości, lecz symulakry”.
Wszyscy oni, w taki czy inny sposób, podchodziliby z rezerwą do takich pojęć jak „kontrola”, „planowanie”, „modelowanie”, „optymalizacja” itp.
Z powodu bardziej niż prozaicznego: XX wiek rozpoczynał się dokładnie w ten sam sposób.
Jednak najpoważniejszą krytyką jest zarzut nowego modernizmu.
Brzmi ona mniej więcej tak:
„...Widzieliśmy już podobne projekty w XX wieku. Stalinizm, maoizm, hodżajizm, reżim Czerwonych Khmerów itp. Wszystkie one miały jedną wspólną cechę – niezwykle krwawy charakter. Ogromna liczba ofiar wśród jednej części społeczeństwa – wszystko po to, by zmodernizować życie drugiej.
Dlatego też, pomimo wszystkich apeli i obietnic dotyczących stworzenia inkluzywnego, humanistycznego projektu oraz doprowadzenia do końca Oświecenia, projekty te jawią się jako kolejna iteracja tego, do czego kategorycznie NIE WOLNO wracać.
Jeśli jesteśmy lewicowcami, humanistami i postępowcami...»
I nie ma tu nic do dodania. Ponieważ jedną rzeczą jest kolejna „globalna krucjata na rzecz szczęścia” przedstawiona na kilkunastu stronach, a zupełnie inną – rzeczywiste mechanizmy jej realizacji.
Brakuje obietnic większej precyzji w obliczeniach.
Brakuje zrozumienia tego, kim właściwie jest „podmiot rewolucyjny”, kto będzie inżynierem „jasnej przyszłości”?
Jedną rzeczą jest nacjonalizacja głównych aktywów „kapitalizmu platformowego”, a zupełnie inną – uczynienie ich bardziej użytecznymi dla ludzkości.
Moja ocena: pomysł jest interesujący, ale po pierwsze – przestarzały, po drugie – utopijna, a po trzecie – podobnie jak wszystkie jej poprzedniczki, rozpocznie się od rozmów o stacjach na Marsie, a zakończy bezimiennymi grobami w Gułagu.
- Przewidywanie zjawiska „trampizmu” w powieści Roberta Silverberga „Stacja Hawksbill”
- Reuters wymienił kraje najbardziej zagrożone wojną z Iranem
- Były brytyjski premier Rishi Sunak został doradcą Zełenskiego ds. ożywienia gospodarczego
- Rosja niszczy Ukrainę dwa razy szybciej niż na początku wojny - międzynarodowy raport
Niezależny badacz, interesuje się archeologią i geografią sakralną. Bada je i pisze o nich.












